“Lacrimosa NIE JEST

chrześcijańskim zespołem,

ale Tilo jest chrześcijaninem”

 

Resistencia Underground (stepman628),

użytkownik serwisu YouTube.com

 

 

“Wierzę w Boga, jestem chrześcijaninem.

Wiara stanowi ogromną część mojej osobowości,

jest jedną z najważniejszych wartości w moim życiu”

 

Tilo Wolff w rozmowie z Anną Sadłowską,

Polskie Radio PiK, Lacrimosa.rockmetal.art.pl

 

 

 

Cierpienia młodego poety

 

Historia Lacrimosy sięga roku 1990. To właśnie wtedy Tilo Wolff, wówczas nadwrażliwy 18-latek w typie goethowskiego Wertera, musiał podjąć decyzję dotyczącą swojej dalszej drogi życiowej. Ale nie było mu łatwo. Ta delikatna mimoza, egzystująca w świecie głębokich uczuć i bujnej wyobraźni, została akurat wyrzucona ze szkoły za noszenie ekstrawaganckich, gotyckich ubrań. Sytuacja przedstawiała się nieciekawie, a sam Tilo - miłośnik poezji, literatury i muzyki - prawdopodobnie zmagał się z dojmującym uczuciem weltschmerz. Nastolatek miał jednak asa w rękawie: od dłuższego czasu pisał wiersze, a poza tym posiadał spore doświadczenie w dziedzinie gry na różnych instrumentach. Pewnego razu, gdy spojrzał na swoje liryki, doszedł do wniosku, że mógłby wzmocnić ich przekaz poprzez dodanie do nich akompaniamentu. Tak powstały pierwsze utwory Wolffa, zatytułowane “Seele in Not” i “Requiem” (gatunek: dark wave). Były to kompozycje proste pod względem formy, czysto keyboardowe, eksperymentalne, a przede wszystkim wyjątkowo depresyjne. Te dwa kawałki znalazły się wkrótce na kasecie demo “Clamor” (1990). Młodzieniec, działający pod szyldem “Lacrimosa“, marzył o pozostaniu niezależnym twórcą. A ponieważ wolność kojarzyła mu się z wolnym rynkiem, postanowił założyć własne przedsiębiorstwo fonograficzne. Przepracowawszy trochę czasu w kilku fabrykach, zdobył kapitał początkowy i założył firmę Hall of Sermon (HoS). W latach 1991-1993 sam sobie wydał trzy płyty (“Angst”, “Einsamkeit”, “Satura”) oraz jeden singiel (“Alles Luge”). Krążki te bardzo przypominały kasetę “Clamor”. Prostymi, mrocznymi dźwiękami odmalowywały ból, strach, rozpacz, obłęd itd.

 

Od “Inferno” do “Elodii”

 

W 1993 roku, podczas wspólnej trasy koncertowej Lacrimosy i fińskiej grupy Two Witches, Tilo poznał swoją przyszłą partnerkę sceniczną, a zarazem żonę, Anne Nurmi[1]. Świeżo upieczony duet wydał epkę “Schakal” (1994) i longplay “Inferno” (1995), które przyniosły mu uznanie w mrocznych subkulturach. Krążek “Inferno” był jeszcze głęboko zakorzeniony w solowej twórczości Wolffa, ale ewidentnie zwiastował wielkie zmiany. Piosenki Lacrimosy, choć nadal przygnębiające, brzmiały już dojrzale i melodyjnie. Na CD po raz pierwszy pojawiła się orkiestra symfoniczna. Lecz to dopiero płyta “Stille” (1997) przekształciła gotycki zespół w wybitną formację łączącą metal z muzyką poważną. W dziejach Lacrimosy rozpoczął się złoty wiek, a sam krążek “Stille” zachwycał odbiorcę wyszukanymi melodiami i bogactwem klasycznych instrumentów. Tilo stał się pewny siebie, charyzmatyczny, zdolny do ciągłego zaskakiwania publiczności czymś nowym. Śpiewał “z chlebem” (na “Inferno” zawodził “jakby chciał, a nie mógł”, natomiast wcześniej preferował różne szepty, skrzeki i piski). Muzyka była wyraźnie szybsza, mocniejsza, bardziej dynamiczna. W 1999 roku ujrzał światło dzienne album powszechnie uznawany za opus magnum Lacrimosy. “Elodia”, bo o niej mowa, okazała się płytą utrzymaną w klimatach podobnych do “Stille”, ale jeszcze bliższą twórczości Mozarta, Beethovena, Bacha i Wagnera. Chwytliwe melodie, zawarte na tej długograjce, łatwo wpadały w ucho, a Londyńska Orkiestra Symfoniczna dopełniała dzieła. To właśnie na tym albumie znalazł swoje miejsce singlowy przebój “Alleine Zu Zweit”, utwór o namiętności przywracającej młodość staremu, zaśniedziałemu, ostygłemu związkowi.

 

Od “Fassade” do “Echos”

 

Rok 2001 przyniósł światu kolejne CD Lacrimosy, “Fassade”. Był to już siódmy krążek w karierze zespołu, a zarazem czwarty spośród tych, które wbijały słuchacza w fotel swoim niezwykłym patetyzmem i orkiestrowym rozmachem. Najważniejsze dzieło na tej płycie stanowił cykl “Fassade” składający się z trzech monumentalnych, apokaliptycznych, podobnych do siebie pieśni tworzących spójną - brzmieniowo i tematycznie - całość. W ich przypadku ogromne znaczenie miała zarówno muzyka, jak i treść krytykująca (po)nowoczesne społeczeństwo, które nie jest już wspólnotą opartą na tradycyjnych wartościach, tylko zbiorem egoistycznych, materialistycznych, osamotnionych jednostek. W 2003 roku ukazał się album “Echos” zawierający więcej klasyki niż metalu. Otwierała go nieprawdopodobnie pompatyczna uwertura “Kyrie”, w całości wykonywana przez chór i orkiestrę symfoniczną. Twórczość Lacrimosy powoli zaczęła się robić… męcząca. Na płycie “Echos” znalazły się wprawdzie dwa rockowe kawałki, “Durch Nacht Und Flut” i “Malina”, ale brzmiały one dość umownie, zupełnie jakby miały być przeznaczone do wykonywania na żywo w TVP1. Piosenki te były rozdzielone czterema ciepłymi, gładkimi, subtelnymi nagraniami, w rytm których można by rozsmarowywać masło na chlebie lub ustawiać porcelanowe figurki na szklanych półeczkach. Tilo i Anne, wtłoczeni w gorset konwencji, nigdy wcześniej nie wydawali się tak nudni. Ostatni utwór, “Die Schreie Sind Verstummt”, pełnił funkcję kwiatka u kożucha. Odróżniał się od pozostałych tym, że wracała w nim Lacrimosa z czasów “Stille” i “Elodii”. Niestety, było już za późno, żeby cokolwiek zmienić. Wolff i Nurmi zaprzepaścili swoją szansę.

 

Od “Lichtgestalt” do “Hoffnung”

 

Nie od dziś wiadomo, że jeśli coś się zbytnio napina, to prędzej czy później musi pęknąć. Tak też było z Lacrimosą, która na kolejnym krążku, “Lichtgestalt” (2005), wyraźnie spuściła z tonu. Po opublikowaniu czegoś tak snobistycznego, jak “Echos”, przyszedł czas na odrobinę pokory. Owszem, nowy longplay znów urzekał klasycznym instrumentarium, ale był zdecydowanie skromniejszy, chwilami wręcz rozrywkowy (“Lichtgestalt”, “Kelch der Liebe”, “Letzte Ausfahrt: Leben”). Poważna, uroczysta atmosfera wracała jednak w ostatnim utworze, czyli we wzruszającym “Hohelied der Liebe” będącym interpretacją biblijnego “Hymnu o miłości” św. Pawła z Tarsu (1 Kor 13). Płyta “Sehnsucht”, która trafiła do sklepów w 2009 roku, stanowiła potwierdzenie woli odejścia od dotychczasowej stylistyki. Z dzisiejszej perspektywy widać, że owo CD było mostem między “Lichtgestalt” a “Revolution” - krążkiem, o którym będzie mowa za chwilę. Album “Sehnsucht” zaprezentował publiczności nową, niestroniącą od elektroniki Lacrimosę. W uszy słuchacza rzucało się zwłaszcza komputerowe chrobotanie wykorzystane w utworze “A.U.S. (Alles Unter Schmerzen)”. Tilo znów zaczął szeptać, skrzeczeć i piszczeć, tak jak to czynił w wieku 18-21 lat. Oczywiście, drobne wstawki elektroniczne występowały już na “Echos”, a dziwne odgłosy Wolffa dawały się słyszeć na “Lichtgestalt”, ale nie na taką skalę! Rok 2012 to data wydania płyty “Revolution”. Krążek ten rozwiewał wszelkie wątpliwości, udowadniał, że Lacrimosa, niegdyś staroświecka, zwróciła się ku futuryzmowi. Następcą CD “Revolution” został depresyjny, elektroniczny album “Hoffnung” (2015). Bezczelnie podkradał on motywy z wcześniejszych płyt duetu.

 

Tilo i przyjaciele

 

Oferta Lacrimosy to także pięć składanek: “Live” (1998), “Vintage Classix” (2002), “Lichtjahre” (2007), “Schattenspiel” (2010) i “Live in Mexico City” (2014). Na szczególną uwagę zasługuje dwupłytówka “Schattenspiel” skompilowana z okazji 20-lecia istnienia formacji. Tilo i Anne umieścili na niej alternatywne wersje sześciu starych kawałków oraz utwory nigdy wcześniej niepublikowane. Lacrimosa obdarowała też swoich fanów licznymi materiałami audiowizualnymi. W latach 1995-1997 ujrzały światło dzienne dwie kasety VHS: “The Clips 1993-1995” i “Silent Clips”. Później trafiły w ręce widzów cztery płyty DVD: “The Live History” (2000), “Musikkurzfilme” (2005), “Lichtjahre” (2007) i “Live in Mexico City” (2015). Prawdziwą perłę stanowi film dokumentalny “Lichtjahre”, relacja z trójkontynentalnej trasy koncertowej zespołu. Dyskografia duetu nie byłaby pełna, gdyby nie napomykała o różnorakich singlach (np. “Feuer” - 2009), epkach (np. “Heute Nacht” - 2013) oraz nagraniach będących efektem współpracy z innymi wykonawcami. Gościnne występy Wolffa na cudzych płytach to osobny rozdział jego życia. Piosenki do posłuchania: Kreator - “Endorama”, Kartagon - “Messiah”, Tk. Kim - “Bleib”, Mono Inc. - “Children of the Dark”, Dreams of Sanity - “The Phantom of the Opera”, Joachim Witt - “Abendrot”, Martin Sprissler - “Gimmie Somethin’ To Believe In”, Christian Dorge - “Weltschmerz”, Christian Dorge - “Der Satyr”, Christian Dorge - “Mystische Rosenmadonna”. Tilo realizuje także poboczny projekt muzyczny, Snakeskin. Jego dorobek to trzy albumy electro: “Music For The Lost” (2004), “Canta’Tronic” (2006) i “Tunes For My Santimea” (2016). Usłyszymy na nich przejmujący śpiew Kerstin Doelle i Cariny Bohmer.

 

Kaznodziejski ton

 

Czytając wywiady, jakich Tilo Wolff udzielił na przestrzeni ponad dwudziestu lat, można czasem odnieść wrażenie, że artysta wykazuje skłonność do popadania w iście kaznodziejski ton. Przykładem może tutaj być “Wywiad na temat ‘Inferno’”, którego polską wersję językową znajdujemy na stronie Lacrimosa.rockmetal.art.pl. Rozmowa najprawdopodobniej została przeprowadzona około roku 1995. Co z tego, że muzyk wyglądał wówczas ekscentrycznie, skoro jego mentalność nie odbiegała zbytnio od mentalności typowego eschatologicznego chrześcijanina? Pozwolę sobie zacytować odpowiedź, jakiej udzielił Tilo na jedno z pytań dziennikarza. Artysta ustosunkowuje się w niej do utworu “Das Schweigen“ z płyty “Satura” (1993).

 

TW: “To prawda, raczej nie wierzę w ludzkość. Ludzie są zbyt egoistyczni. Myślą tylko o sobie, ale kiedy tylko pojawiają się jakieś problemy, zwracają się do sąsiadów. A powinno być inaczej. Ludzie są też za bardzo materialistami, ale to tylko symptom. Bóg dał nam dziesięć przykazań, gdybyśmy tylko postępowali zgodnie z nimi, albo przynajmniej trzymali się najważniejszej rzeczy, jakiej uczył nas Jezus: ‘Kochaj bliźniego tak jak siebie‘, życie byłoby o wiele prostsze, a problemy naszego społeczeństwa przestałyby istnieć. Pomyślcie o tym! Zastanówcie się, skąd biorą się nasze problemy! Ten świat stoi na krawędzi, to nie może dłużej tak wyglądać. Ale to nie jest pierwszy raz, a tym razem powinniśmy wiedzieć lepiej. Potop został przepowiedziany i wszyscy byli ostrzeżeni. Noe budował Arkę i chciał ją zapełnić, ale ludzie tylko się z niego śmiali. Po potopie on i jego rodzina wciąż żyli, natomiast wszyscy inni ludzie zginęli. Kojarzy mi się to z naszymi czasami”

 

Inny przykład popadania w kaznodziejski ton? Fragment arcyciekawego wywiadu dla magazynu “Tylko Rock” (materiał, opublikowany w październiku 2001 roku, nosi tytuł “Samotność długodystansowca“. Kopia rozmowy jest dostępna na stronie Stille.prv.pl). Gdy redaktor Wiesław Weiss pyta Lacrimosę o zawartość merytoryczną tryptyku “Fassade”, Tilo Wolff wygłasza długi, socjologiczny monolog. Narzeka w nim na współczesnych ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo są urabiani przez mainstreamowe media, reklamę, propagandę i odgórne programy nauczania. Twierdzi, że społeczeństwo jest zmanipulowane do tego stopnia, iż czuje się wolne pomimo swojego oczywistego zniewolenia. O ile początek i środek wypowiedzi można jeszcze uznać za manifest anarchisty lub libertarianina, o tyle koniec wywodu brzmi jak kościelne kazanie. Muzyk wypowiada bowiem zdania, jakich nie powstydziłby się nawet ksiądz rzymskokatolicki.

 

TW: “’Fassade - 2. Satz’ to z kolei wyraz moich przeżyć duchowo-religijnych. Mówi o tym, że w życiu chodzi nie tylko o majątek, wygląd modelki, sławę. Nie lekceważę prostych ludzkich pragnień. Ale w życiu musi być coś jeszcze, co nadaje mu sens. Śpiewam tam na przykład: ‘Nie ma miłości bez prawdy. I nie ma prawdy bez miłości‘… Jeśli nie jesteś wierny swojej miłości - czy naprawdę możesz nazwać ją miłością? Jeśli nie jesteś wierny sobie - czy możesz spojrzeć sobie samemu w twarz? To prawdziwy problem naszych czasów. Większość ludzi jest tak bardzo zakłamana, że dawno straciła orientację, kim w rzeczywistości jest. Co więcej - nie chce wiedzieć”

 

W wywiadzie “Samotni razem” (czasopismo “Jazgot”, numer 4 z 1999 roku, Lacrimosa.rockmetal.art.pl) pojawia się zagadnienie życia pozagrobowego. Dziennikarz, niejaki Oron, zadaje Wolffowi pytanie: “Twój stosunek do śmierci, obawiasz się jej?”. Odpowiedź artysty doskonale koresponduje z jego innymi poglądami filozoficznymi.

 

TW: “Nie. Całe nasze życie jest przygotowaniem do jej przyjęcia. Uważam i wierzę w to, że po śmierci istniejemy dalej, kontynuując naszą podróż. Tylko takie nastawienie spowoduje zwalczenie strachu przed nicością. Nie jesteśmy tylko ciałami fizycznymi, to jest tylko jedna z form naszej egzystencji. Owszem, to bardzo ważne, aby dbać o ciało, dawać mu jeść, pielęgnować je, lecz stanowi ono jakby kostium wypożyczony nam do poruszania się w ziemskiej strukturze. Wierząc w życie po śmierci, nie masz żadnych obaw”

 

Szkoda, że Oronowi nie przyszło do głowy, żeby pociągnąć ten wątek i zapytać: “A piekła się nie obawiasz?”. Mogłaby z tego wyniknąć pasjonująca dyskusja teologiczna. Odkrylibyśmy wówczas, jak wygląda Wolffowa wizja życia pozagrobowego. Czy muzyk na pewno nie odrzuca klasycznej, chrześcijańskiej koncepcji zaświatów - nieba i piekła (tudzież czyśćca i limbusa)? Wszystko jedno. Przejdźmy do następnego wywiadu. W październiku 2003 roku uruchomiono specjalny adres e-mailowy, na który można było nadsyłać dowolne pytania do Lacrimosy. Zakazano tylko wściubiania nosa w prywatne życie duetu. Odpowiedzi na zadane pytania zostały wkrótce opublikowane na stronie internetowej zespołu (“Exclusive Fan-Interview, October 2003”, Lacrimosa.ch). Sprawdźmy, jak Tilo odpisał dwóm osobom pytającym o przekonania religijne formacji, a także irańskiemu muzułmaninowi, który miał dziwny koszmar z Wolffem w roli głównej.

 

TW (do Danieli Veas): “Tak, wierzymy w Boga i wierzymy w Jezusa Chrystusa, chodzimy do kościoła, ale widzimy również istotne różnice między istniejącymi Kościołami, jak to, że nie wszystkie spośród powszechnie znanych Kościołów chrześcijańskich wydają się dążyć do oryginalnego celu Kościoła Jezusa, którym jest prowadzenie ludzkości drogą do Boga kierowaną przez apostołów opieczętowanych Duchem Świętym, a którym nie jest dążenie do ludzkich i zorientowanych na świat celów! To, oczywiście, jest nasza osobista opinia, a nie jakikolwiek rodzaj osądu, albowiem nie mamy prawa osądzać”

 

TW (do Yaira Abrahama Gamboy Palomeque): “Tradycyjna wiedza o Bogu pochodzi z Biblii. Tradycyjna wiedza o Szatanie również pochodzi z Biblii. Według Biblii, Bóg jest miłością, a Szatan jest źródłem jej przeciwieństwa. W konsekwencji, jeśli czujesz miłość, czujesz Boga. A ja staram się nie nienawidzić zbyt dużo, kocham i chcę być kochany!”

 

TW (do Alirezy Ghasemi): “Sen, jaki miałeś, raczej brzmi dla mnie tak, jakbyś widział we mnie zagrożenie dla siebie i swojej wiary, gdyż jestem chrześcijaninem, a Ty muzułmaninem słuchającym mojej muzyki i lubiącym ją. Uwierz mi, nie chcę sprawiać Tobie ani nikomu innemu takich problemów moją muzyką, więc proszę, Alireza, nie rozdzieraj się na pół! Myślę, iż możesz znaleźć rozwiązanie jedynie poprzez to, że albo przestaniesz słuchać Lacrimosy, albo dowiesz się, czy w Twojej religii grzechem jest słuchanie muzyki innej kultury”

 

 

 

(...)

 

CIĄG DALSZY NASTĄPI

 

 




Dodaj do:


Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Odpowiedzi moga dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Nie ma jeszcze komentarzy - wyraź swoją opinię jako pierwszy